Sofa, herbata i mała zagadka: Gdzie się podziały te wszystkie „udostępnienia”?

Piszę  z mojej bazy dowodzenia, czyli z sofy. Za oknem pogoda taka, że nawet Kłapouchy uznałby, że dziś jest wyjątkowo ponuro. I tak sobie siedzę w tej szarości, rozmyślając o czymś, co ostatnio nie daje mi spokoju.

Sytuacja jest przedziwna i powtarza się niemal codziennie:

W pracy przy automacie do kawy:  „Ej, widziałem tego Tygryska na Twoim profilu! No mistrzostwo świata, te paski są obłędne!”.

Przy windzie:  „Pani sąsiadko, no ja nie mogę! Widziałam to zdjęcie na Facebooku, ten Tygrysek to jak żywy! A te uszka Kłapouchego? Przecież to jest majstersztyk, normalnie talent w rękach!”

W  rodzinie i u znajomych: Jakie Ty robisz piękne te zdjęcia, Kłapouchy wygląda jak żywy, masz niesamowity talent!”. Jesteś  „naszym narodowym dobrem szydełkowym”.  

Klienci przesyłają mi zdjęcia dzieci śpiących z moimi maskotkami i piszą elaboraty o tym, że „na żywo są jeszcze piękniejsze”.

Ja się uśmiecham, serce mi rośnie... a potem wchodzę wieczorem na post i widzę ciszę. Kilka lajków od najwierniejszej gwardii, a licznik udostępnień ani drgnie – zero, null, okrągłe nic. Jakby to była tajna sekta miłośników Puchatka i nikt nie chce się przyznać publicznie.

Zaczęłam się nad tym serio zastanawiać i, mówiąc szczerze, trochę mnie to wprawia w konsternację. Skoro te zdjęcia Wam się podobają, skoro zabawki wywołują takie emocje na żywo, to co się dzieje w drodze między „zobaczeniem zdjęcia” a „kliknięciem udostępnij”?

Dlatego dzisiaj przeprowadziłam bardzo poważne śledztwo  i oto moje teorie:

Strach przed algorytmem Ludzie boją się, że jak udostępnią amigurumi, to Instagram przez najbliższe 3 lata będzie im wciskał same tutoriale szydełkowe i hafty krzyżykowe.

Syndrom „to nie pasuje do mojej widowni” „Moja widownia lubi ostre rzeczy, a nie Króliczka z marchewką w łapce…” Kochana, Twoja widownia też kiedyś oglądała Kubusia Puchatka w piżamce.

Klątwa „Cichego Wielbiciela”: Mistrzowie świata w chwaleniu prosto w oczy, ale w sieci działają jak tajne służby. Obserwują, skrolują, zachwycają się po cichu, ale kliknięcie „udostępnij” traktują jak podpisanie cyrografu.

A co na to AI?

Zapytałam Groka, dlaczego tak się dzieje. Jego diagnoza była bezlitosna, ale trafna:

„Ludzie naprawdę lubią Twoje prace. Komplement na korytarzu jest szczery. Problem w tym, że w internecie nagle pojawia się koszt społeczny. Udostępnienie czegoś uroczego i „dziecinnego” (nawet jeśli to piękne rękodzieło) może zmienić to, jak ktoś jest postrzegany przez swoją bańkę. To nie jest brak uznania dla Ciebie – to strach przed oceną własnej widowni.

Dodatkowo algorytmy nauczyły nas, że lajkujemy szybko, a udostępniamy tylko to, co idealnie pasuje do naszego osobistego brandu. Twoja kolekcja przyjaciół Kubusia Puchatka jest po prostu zbyt czysta i zbyt miła jak na dzisiejszy internet.”

Grok dodał jeszcze jedno: „Nie bierz tego do siebie. To nie mówi nic o jakości Twoich prac, tylko o tym, w jakim świecie teraz żyjemy.” 

I wiecie co? Trochę mi ulżyło po tej odpowiedzi.

Piszę to z przymrużeniem oka i sporą dawką czułości. Robię tę kolekcję, bo mnie to po prostu mega bawi i sprawia frajdę. Ale czasem śmieszy mnie ten kontrast: na korytarzu – owacje na stojąco, w necie – cisza jak makiem zasiał.

Więc jeśli czytasz to i kiedyś lajkowałeś moich Puchatkowych przyjaciół…

…to spoko, nie gniewam się.

Ale jakbyś kiedyś miał ochotę, to udostępnienie Tygryska, Kłapouchego czy Króliczka byłoby dla mnie jak złoto. Bo wtedy może więcej osób zobaczy, że w tym szalonym świecie jeszcze ktoś robi coś z sercem i szydełkiem.

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.