Tegoroczna majówka przyszła do nas trochę… spóźniona. I chyba właśnie dlatego smakowała jeszcze lepiej. Zamiast przeciskać się przez zatłoczone ulice i stać w korkach razem z pół Polski, wyjechaliśmy tydzień później — korzystając z małego życiowego bonusu, jakim są egzaminy ósmoklasistów i kilka dodatkowych dni wolnych dla młodszych dzieci.
Za rok ten termin będzie już dla nas miał zupełnie inny wymiar. Bo o ile teraz korzystamy z egzaminowego zamieszania, tak w przyszłym roku będziemy brać w nim czynny udział. A właściwie — mój Szymek. Trudno uwierzyć, kiedy to minęło. Dopiero co prowadziłam go za rękę do pierwszej klasy, a dziś powoli odliczamy do pierwszego naprawdę ważnego egzaminu.
Uciekliśmy tam, gdzie mapa nagle robi się prawie cała zielona. I chociaż pogoda nas nie rozpieszczała, to miejsce dosłownie zaparło nam dech w piersi. Dom, w którym mieszkaliśmy, miał prawdziwą duszę. Trochę jakbyśmy nocowali w domu wyjętym ze skansenu — starym, drewnianym, pełnym historii — ale jednocześnie wszystko było dopracowane do perfekcji. Czyściutko. Pachnąca pościel. Wyposażona kuchnia. Takie miejsca zdarzają się naprawdę rzadko.
W środku wszędzie stały drewniane rzeźby od miejscowych artystów. Na ścianach wisiały obrazy z dedykacjami dla właściciela, a między nimi stare, oryginalne fotografie mieszkańców wsi. Wokół było cicho, ale nie była to taka „martwa” cisza, do której człowiek przywykł w mieście po zamknięciu okien.
Tam po prostu nie było słychać nic miejskiego. Żadnych samochodów, sygnałów, szumu ulicy gdzieś w tle. Zamiast tego były ptaki śpiewające tak głośno, że zagłuszały kłótnie moich chłopaków. Nad domem, na hali, pasło się stado owiec, a kiedy wiatr dobrze zawiał, słychać było delikatne dzwonki zawieszone na ich szyjach.
Teren wokół domu wyglądał jak gotowa scenografia do filmu. Obok stała ogromna, stara stodoła, z której braliśmy przygotowane dla nas drewno do pieca. Za stodołą zaczynało się zejście nad potok — wystarczyło tylko wybrać złą ścieżkę, żeby po kilku sekundach gwarantować sobie spotkanie z pokrzywami. I chyba po raz pierwszy w życiu byliśmy w miejscu, gdzie naprawdę nie było zasięgu. Nie „jednej kreski”, nie „czasem gubiło”. Po prostu nic. Zero szans, żeby telefon do kogokolwiek zadzwonił. Żadnych przypadkowych rozmów, powiadomień i tego odruchowego sprawdzania telefonu co kilka minut. Na nasze małe nieszczęście był jednak internet i wifi, więc świat nie odciął nas od siebie całkowicie.
Wieczorami paliliśmy w piecu, bo beskidzkie majowe noce okazały się bardziej listopadowe niż wiosenne. Ale dzięki temu dom pachniał drewnem i ogniem, a my zwalnialiśmy jeszcze bardziej. Była gitara, było ognisko, harcerskie nucenie pod nosem i ten rodzaj ciszy, którego na co dzień prawie się już nie spotyka.
Sam właściciel okazał się zresztą równie niezwykły jak to miejsce. Dziennikarz z Krakowa, który kupił ten dom od pary z Warszawy i tchnął w niego nowe życie, nie odbierając mu przy tym ani grama duszy. A do tego członek zespołu Kremlowskie Kuranty. Mieliśmy okazję posłuchać kilku płyt na starej wieży i to był moment, w którym poczułam się naprawdę staro.
Bo kiedy mój mąż powiedział:
— Włóż CD do wieży i puść.
Syn spojrzał na niego kompletnie zdezorientowany:
— Gdzie?
— Do wieży.
— Do czego?!
I wtedy dotarło do nas, że nasze dzieci naprawdę nie wiedzą, czym jest wieża stereo. Dla nich muzyka po prostu „jest” — w telefonie, w słuchawkach, w aplikacji. A tam, w drewnianym domu pachnącym ogniem, słuchaliśmy płyt wkładanych do sprzętu, który miał przyciski większe niż połowa dzisiejszych głośników bluetooth.
Wracając jeszcze do Kremlowskich Kurantów — serio polecam posłuchać, są na Spotify.
A ja? Jak to ja. W plecaku oprócz swetra „na wszelki wypadek” miałam kilka motków włóczki i głowę pełną planów. Dosłownie kilka minut przed wyjazdem skończyłam moją czarną owcę. Pasowała idealnie do miejsca, w którym powstawała. Mam już nawet plan, żeby przed następną wizytą na Uhryniu zrobić jeszcze jedną czarną owcę i zostawić ją tam na stałe. Myślę, że idealnie odnalazłaby się pośród wszystkich tych niezwykłych, ręcznie robionych rzeczy, drewnianych rzeźb i przedmiotów z duszą, które wypełniają ten dom. Jakby od początku była częścią tego miejsca.
To chyba będzie taka moja mała tradycja. Jedna czarna owca została już kiedyś w Beskidach (kto czytał ten wie).
Na tym właśnie polegała ta nasza spóźniona majówka. Nie na odhaczaniu atrakcji i planie wypchanym po brzegi, ale na chwilach, które normalnie gdzieś uciekają między codziennością. Na drewnie pachnącym z pieca. Na dźwięku owczych dzwonków niesionych wiatrem. Na śmiechu dzieci, gitarze przy ognisku i ciszy tak prawdziwej, że aż trochę dziwnej.
Na miejscu, które wyglądało jakby czas płynął tam wolniej niż wszędzie indziej. I na nas — zmęczonych, rozbieganych, ale przez kilka dni naprawdę obecnych.
Dodaj komentarz
Komentarze
Cudownie! Ten spokój aż przebija z tekstu i ze zdjęć. Pozdrawiamy <3