Jedno z pytań, które dostaję najczęściej, brzmi: „Ile czasu zajmuje Ci zrobienie pluszaka?”
Drugie, zaraz po nim: „Kiedy Ty w ogóle masz na to czas?”
No więc… czas na małe kulisy. Zapraszam za backstage mojego „studia rękodzieła”.
Wyobraźcie sobie parking pod szkołą. Jest już ciemno. Mgła taka, że nawet GPS zaczyna wątpić w sens istnienia i najchętniej zadzwoniłby do mamy. A ja siedzę w samochodzie, z latarką w ręku, świecąc sobie na kolana jak kret z wielkimi ambicjami życiowymi, i… szydełkuję.
Dokładnie tak — w aucie, w półmroku, dziergam drugie ucho dla pluszowego szczeniaczka. 🧶🐶
Mój syn jest w tym czasie na treningu karate. On ćwiczy ciosy, koncentrację i drogę wojownika. Ja — cierpliwość, liczenie oczek i walkę z plączącą się włóczką. Każdy z nas ma swoją ścieżkę. 🥋🧵
I tak właśnie wygląda moja codzienność. Nie mam sterylnej pracowni z idealnym światłem i białym biurkiem. Mam samochód, latarkę, kilka motków włóczki i okienko czasowe między jednym a drugim treningiem.
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wygląda życie na krawędzi — to właśnie to. Człowiek siedzi w aucie, robi psu kolejne części ciała i udaje przed samym sobą, że to absolutnie normalne zajęcie dla dorosłej osoby. 😂
Czy da się w takich warunkach stworzyć pluszaka od początku do końca?
Da się.
Czy trwa to dłużej niż „jedno popołudnie”?
Często tak — bo rękodzieło powstaje między życiem, a nie zamiast niego.
Każde ucho, łapka czy pyszczek mają w sobie kawałek tych chwil: czekania, śmiechu, improwizacji i pasji, której nie da się odłożyć „na potem”. Bo potem zwykle nie przychodzi — za to parking pod szkołą jak najbardziej.
I chyba właśnie za to najbardziej kocham szydełkowanie. 💛
Bo nawet w mgle, w samochodzie i przy świetle latarki da się stworzyć coś miękkiego, ciepłego i od serca. 🧶✨
Dodaj komentarz
Komentarze